top of page

Moja historia.
Dla tych, którzy lubią wiedzieć, co było wcześniej.

Projekt buduje się cegiełka po cegiełce. Marka też.

Nie pamiętam jednego momentu, w którym projektowanie pojawiło się w moim życiu. Mam raczej wrażenie, że było we mnie od zawsze.

Już w szkole podstawowej wiedziałam, że chcę iść w stronę architektury. Nie wiedziałam jeszcze, że ostatecznie będą to wnętrza. Wiedziałam tylko, że ciągnie mnie do przestrzeni, rysunku, tworzenia i rozumienia, jak coś działa.

Pierwszą naprawdę własną przestrzeń dostałam na szesnaste urodziny. Rodzice pozwolili mi zaadaptować trzecią kondygnację w rodzinnej szeregówce na mój pokój. Za drewnianymi drzwiami było wtedy kilka małych pomieszczeń i wąski korytarz. Ja chciałam jednej dużej przestrzeni, miejsca na sztalugę, stół kreślarski i mój artystyczny nieład.

To był mój pierwszy remont. Wyburzane ściany, pył na schodach, dosztukowywany parkiet, duże szafy z przesuwnymi drzwiami, granatowo-żółty regał i stół kreślarski, który przez jakiś czas trzeba było obchodzić bokiem.

Tam po raz pierwszy poczułam, że przestrzeń można stworzyć po swojemu. Nie tylko ładnie. Mądrze. Funkcjonalnie. Tak, żeby naprawdę odpowiadała na sposób życia człowieka.

Świadomie wybrałam liceum artystyczno-plastyczne, bo chciałam iść w stronę architektury. To była moja pierwsza poważna decyzja w tym kierunku. Uczyłam się rysunku, historii sztuki, patrzenia na proporcje, kompozycję i detal. Były kalki, rapidografy, papier milimetrowy i precyzja pracy ręką, w której trzeba było prowadzić linię tak, żeby nie rozmazać tuszu.

To nie było jeszcze projektowanie wnętrz. To było budowanie podstaw: oka, ręki, wrażliwości i sposobu patrzenia na przestrzeń.

Nie poszłam jednak prostą drogą

Był moment, w którym cudza ocena odebrała mi odwagę do tworzenia i malowania. Nie chcę budować na tym całej historii, ale nie mogę udawać, że tego momentu nie było. Zmienił kierunek mojej drogi. Nie podeszłam do egzaminów na architekturę. Poszłam na inne studia.

I właśnie tam, na bardziej technicznej ścieżce, nauczyłam się AutoCAD-a.

Projektowanie jednak cały czas mnie do siebie przyciągało. Dlatego później skończyłam dobry kurs projektowania wnętrz. Od tego momentu zaczął mi towarzyszyć Neufert - moja niebieska „biblia” projektowania. Wracałam do niego przy kolejnych pytaniach i projektach. Sprawdzałam proporcje, wysokości, odległości, układy i zasady.

Nie udawałam, że wszystko wiem. Szukałam, mierzyłam, porównywałam i uczyłam się krok po kroku.

Potem przyszła pierwsza praca projektowa, był to sklep z płytkami i armaturą. To tam zaczęłam projektować łazienki dla prawdziwych klientów. Już nie pod swoją wyobraźnię, ale pod czyjeś potrzeby, gust, możliwości i codzienne życie.

Pamiętam jedną z pierwszych łazienek. Duża wanna, pomarańczowa mozaika, której nie mieliśmy nawet w naszym sklepie, więc jeździłam z klientem szukać jej gdzie indziej. Było we mnie dużo ekscytacji i niepewności. Ale była też satysfakcja, że mogę pomóc komuś zobaczyć i ułożyć przestrzeń, która naprawdę będzie jego.

Większa skala nauczyła mnie patrzeć szerzej

Potem przyszedł etap, w którym świadomie wybrałam inną drogę, rodzinny projekt hotelowy. To nie było odejście od projektowania. Raczej wejście w dużo większą skalę tworzenia miejsca od zera.

Chciałam być częścią tej inwestycji. Wierzyłam, że to może być moja droga zawodowa i życiowa. Znałam każdą kreskę tego projektu. Analizowałam ośrodki hotelowe, spa i medyczne w Polsce i za granicą. Sprawdzałam układy funkcjonalne, ciągi komunikacyjne, wielkość pokoi, zaplecza, zabiegi, doświadczenie gościa i sposób działania takich miejsc.

Uczestniczyłam w tym procesie od pomysłu, przez wybór ziemi, rozmowy z ludźmi, założenia funkcjonalne, dokumenty i projekty do Unii Europejskiej, aż po decyzje dotyczące wnętrz. Byłam wykonawcą, analityczką, pomysłodawczynią i współtwórczynią tego miejsca.

Hol hotelu miał po wejściu pokazywać to, co dla mnie najpiękniejsze na Podlasiu — las. Duże przeszklenie, widok na naturę, siedziska, kominek, recepcja po lewej stronie, lobby bar po prawej. Już wtedy myślałam nie tylko o wyglądzie. Myślałam o pierwszym wrażeniu, ruchu ludzi, funkcji, atmosferze i tym, co człowiek czuje, kiedy przekracza próg.

Ten etap nie zakończył się tak, jak wszyscy wierzyliśmy, że się zakończy. Dalszy los inwestycji nie zależał ode mnie, ale jej konsekwencje przez lata były częścią mojego życia.

Dość szybko rozpoczęłam pracę w studiu kuchennym, gdzie wróciłam do projektowania, rozmów z klientami i codziennego budowania rozwiązań dla konkretnych domów. Równolegle byłam żoną i mamą. Rodzina, macierzyństwo i codzienna odpowiedzialność pomagały mi iść dalej.

Doświadczenie budowałam projekt po projekcie

W studiu kuchennym pracowałam bezpośrednio z klientami. To były jeszcze czasy, kiedy wiele projektów powstawało ręcznie. Moja szefowa rysowała odręcznie, a ja oglądałam jej prace i uczyłam się z nich bardzo dużo.

Ponieważ znałam AutoCAD-a, zaczęłam projektować kuchnie w komputerze. Kiedy firma kupiła CAD Decor, zaczęłam uczyć się go sama. Z czasem robiłam wizualizacje nie tylko dla swoich klientów, ale też dla klientów szefowej.

Każdy kolejny projekt dawał mi satysfakcję. Każdy element, który coraz bardziej przypominał rzeczywistość, pomagał mi lepiej komunikować się z klientem. Wizualizacja nie była dla mnie tylko ładnym obrazkiem. Była narzędziem rozmowy, sposobem na pokazanie komuś, co może powstać, zanim zapadną decyzje i zanim zacznie się realizacja.

Z czasem klienci zaczęli przychodzić nie tylko po kuchnie. Jeden z pierwszych poprosił mnie o zaprojektowanie całego mieszkania w kamienicy. To był dużo większy projekt, z wyburzeniem ścian i koniecznością przemyślenia przestrzeni od nowa. Znowu wróciłam do książek, wymiarów, sprawdzania, analizowania i uczenia się w praktyce.

Przez cały ten czas nie stałam w miejscu. Pracowałam, projektowałam, jeździłam na budowy, rozmawiałam z klientami i uczyłam się na każdym kolejnym projekcie. Klienci zaczęli przychodzić z poleceń, a ja powoli budowałam nie tylko doświadczenie, ale też zaufanie do siebie.

To nie był nagły start. To było ciche, konsekwentne budowanie własnej drogi, projekt po projekcie, rozmowa po rozmowie, decyzja po decyzji.

Kiedy po latach dług został spłacony, poczułam, że naprawdę mogę wyjść z ukrycia. Że nie muszę już działać tylko „pod spodem”, w cieniu wcześniejszych zobowiązań.

Mogę stanąć za swoją pracą, za swoim nazwiskiem i za marką, która od dawna dojrzewała we mnie.

Tak powstało A Beśka Design.

Dziś widzę projekt jako całą drogę

Dziś, prowadząc A Beśka Design, nie patrzę na projekt wyłącznie jak na piękne wnętrze. Widzę całą drogę, którą trzeba przejść, żeby do tego wnętrza dojść.

Projekt buduje się z decyzji, rozmów, wiedzy, funkcji, materiałów, dokumentacji i zaufania. Nie da się go składać przypadkowo, skacząc z kwiatka na kwiatek. Trzeba iść krok po kroku, z uważnością na człowieka, jego codzienność, budżet, wykonawców i realne życie.

Dokumentacja nie jest dla mnie celem samym w sobie. Jest narzędziem odpowiedzialności i komunikacji. Zawsze zadaję sobie pytanie: czy jeśli ktoś ją zobaczy, będzie wiedział, o co mi chodzi i jak ma to zrobić?

Moja droga nauczyła mnie, że wnętrze nie jest tylko wizją ani efektem końcowym. Jest procesem, który trzeba budować świadomie z wiedzą, odpowiedzialnością, wrażliwością i szacunkiem do życia ludzi, którzy będą w nim mieszkać.

Bo dopiero wtedy powstaje miejsce, o którym klient może powiedzieć:

to jest moje miejsce na ziemi.

Jeśli jesteś tu nadal - DZIĘKUJĘ.
Wiem, że to nie był najkrótszy tekst świata, ale to dla mnie ważna historia.
Daj mi znać, jeśli doczytałaś/doczytałeś do końca.
Będzie mi naprawdę miło.

bottom of page